Na Górnym Śląsku przemysłowej historii nie trzeba daleko szukać. Wystarczy odwiedzić jedno z osiedli robotniczych i zajrzeć za czerwone mury familoków. Dziś jedne z nich zamieniły się w modne adresy pełne nowych lokatorów i turystów, inne wciąż trzymają się tradycji. Niektóre natomiast czekają na swoją szansę, bo lata 90. XX wieku i upadek wielu zakładów przyniósł biedę i wykluczenie społeczne.
Kolonie robotnicze to po prostu esencja tego regionu. I choć przemysł ciężki w większości jest już tylko wspomnieniem, to one nadal są miejscem gdzie przeszłość i teraźniejszość spotykają się w zwykłej codzienności. Śląskie osiedla robotnicze to wyjątkowe mikrokosmosy, w których zamknięte jest wspomnienie o niepowtarzalnej kulturze robotniczej i stylu życia.
Śląskie osiedla robotnicze – skąd się wzięły?
Odkrycie węgla kamiennego i gwałtowny rozwój przemysłu na Górnym Śląsku odmieniły krajobraz regionu oraz codzienność jego mieszkańców. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów tej przemiany stały się potężne zakłady wyrastające jak grzyby po deszczu oraz osiedla robotnicze z tzw. familokami. To charakterystyczne kilkurodzinne domy z czerwonej cegły, które mocno wpisały się w górnośląski pejzaż. Ich nazwa pochodzi natomiast od niemieckiego „Familien-Block”, czyli „bloku rodzinnego”.


Budowali je głównie wielcy przemysłowcy dla ciężko pracujących robotników i nierzadko wyposażali w bogate zaplecze społeczne, oświatowe i kulturalne. Otwierano szkoły, przedszkola, kościoły katolickie i protestanckie. W praktyce oznaczało to, że od narodzin po śmierć mieszkańcy mieli zapewnioną pełną opiekę. Niektóre osiedla były niewielkie, inne tak rozległe, że otrzymywały własne ratusze.
Osiedla robotnicze najintensywniej powstawały między latami 60. XIX wieku a 1914 rokiem. Był to okres rozwoju idei socjalnych i wprowadzania przepisów nakazujących zapewnienie pracownikom godnych warunków bytowych. Na przełomie XIX i XX wieku na Śląsku powstało około 200 takich kolonii, tworzących unikalny społeczny i architektoniczny fenomen regionu.



Śląskie osiedla robotnicze – jak wyglądały?
Budynki miały zazwyczaj dwa lub trzy piętra, czasem także poddasze. Wspólny węzeł sanitarny – zlew i ubikacja (śl. haziel) – znajdował się na półpiętrze. Wnętrza były skromne: kuchnia stanowiła centrum życia rodzinnego, a lokatorzy dysponowali jedną lub dwiema izbami o łącznej powierzchni około 35 m², często zamieszkiwanymi przez kilka osób, rodziców i dzieci. Porównując to jednak z ogólnymi warunkami mieszkaniowymi rolników i robotników w XIX wieku, standard ten i tak był bardzo wysoki.
Na podwórzach znajdowały się chlewiki, które początkowo służyły hodowli, a z czasem zamieniano je w składziki na węgiel. Choć familoki wznoszono prosto, nie brakowało drobnych ozdób – dekoracyjnego układu cegieł czy barwnych akcentów: wnęki okienne pomalowane na czerwono oznaczały rodziny górnicze, na zielono – hutnicze.


Zabrze
„Zandka” – domy hutników wśród platanów
Jednym z ciekawszych osiedli robotniczych jest zabrzańska Zandka, czyli Kolonia Piaskowa. Powstała początku XX wieku jako kompleks mieszkaniowo-socjalny dla pracowników założonej kilkadziesiąt lat wcześniej Huty Donnersmarcka.


Miasto-ogród
Od 1903 roku do końca lat 20. XX wieku na Zandce powstało około 40 bardzo efektownych domów, które otoczono bogatym drzewostanem – dominującym gatunkiem są bardzo już dziś duże i rozłożyste platany, które nadają osiedlu unikalnego charakteru. I choć jest to osiedle robotnicze na terenie poprzemysłowym, to panuje tu spokój i wyjątkowa sielskość. Wszystko dzięki temu, że jej projektanci nawiązali do popularnej wówczas idei miasta-ogrodu. Inspirowali się także różnymi stylami łącząc historyzm, secesję i eklektyzm, ale także tzw. styl rodzimy, nawiązujący do typowego budownictwa na Górnym Śląsku.



Na pierwszy rzut oka budynki na Zandce wydają się jednakowe, ale kiedy przyjrzymy się dokładniej to zauważymy, że poszczególne domy różnią się od siebie kształtem bryły, dachu, a także dekoracjami. Elewacje budynków to mieszanina cegły czerwonej i jasnej, muru pruskiego i licznych zdobień. Dachy są jednospadowe, dwuspadowe lub mansardowe ozdobione lukarnami lub facjatkami. Wyraźnie też widać różnicę między częścią zachodnią (ks. Bończyka i Stalmacha) przeznaczoną dla urzędników i wyższego dozoru, a częścią wschodnią (przy ul. Krakusa), w której mieszkali pracownicy fizyczni.
Przy osiedlu działała niewielka przychodnia, łaźnie, pralnie parowe, a także przedszkola i szkoły, w tym zawodowa i szkoła dla dziewcząt. Co ciekawe zadbano nie tylko o zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych, ale też o nieco głębsze, dlatego otwarta została biblioteka, a także kasyno, w którym wystawiane były przedstawienia teatralne. Wybudowano również basen i halę gimnastyczną, a także założono Park Hutniczy. Kompleks socjalny Donnersmarckhütte stał się zalążkiem centrum przyszłego miasta Zabrza.
„Borsig”– niczym plener filmowy
Kolonia została zbudowana w latach 1863–1871 przez spółkę Borsigwerke z Berlina, właściciela pobliskiej kopalni „Luise” (później „Ludwik”). Jej nazwa upamiętnia Augusta Borsiga, przemysłowca i założyciela jednego z największych koncernów górniczo-hutniczych XIX wieku, a także wielkiego
producenta parowozów.

Zespół mieszkaniowy tworzą charakterystyczne dwupiętrowe budynki z czerwonej cegły, ustawione wzdłuż prostokątnej siatki ulic. Osiedle zajmuje ok. 19 ha i zostało zaprojektowane z dużą dbałością o układ przestrzenny — główną częścią mieszkalną jest siatka równoległych ulic, które opadają w stronę doliny rzeki Bytomka. Całość tworzy wyjątkowo malowniczy widok. Domy posadowione są w rzędach, główne elewacje skierowano na wschód-zachód, a ściany szczytowe wejść miały północ-południe, co sprzyjało doświetleniu mieszkań.




Osiedle Borsig nie było przeznaczone wyłącznie dla zwykłych robotników. W północnej strefie osiedla zlokalizowano domy o wyższym standardzie, przeznaczone dla kadry technicznej i inżynierów, którzy przybywali głównie z Berlina. Dobrymi warunkami życia kuszono ich do przeniesienia się na wschód
kraju. Dziś osiedle jest cennym zabytkiem i jednym z najlepiej zachowanych przykładów XIX-wiecznej architektury robotniczej w regionie. Niestety wymaga pilnej rewitalizacji ponieważ mimo ogromnej wartości pozostaje mocno zaniedbane.
„Rokitnica” – zielony zakątek z industrialnym rodowodem
Na północnych obrzeżach Zabrza, w sąsiedztwie Bytomia i Tarnowskich Gór, leży Rokitnica – jedna z tych śląskich dzielnic, które łączą przemysłowe dziedzictwo z zaskakująco spokojnym, niemal podmiejskim klimatem. Choć dziś Rokitnica kojarzy się głównie z zielenią i nowoczesnym kampusem Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, jej historia nierozerwalnie wiąże się z górnictwem i rozwojem przemysłu na początku XX wieku.
Początki osiedla sięgają przełomu XIX i XX wieku z myślą o pracownikach pobliskiej kopalni Rokitnica. Wzorowano się przy tym na najlepszych przykładach ówczesnej architektury mieszkaniowej i w efekcie powstał zespół niskiej zabudowy z ogródkami, zielenią i szerokimi ulicami, a więc coś, co bardziej przypominało angielski „garden city” niż typową, zwartą kolonię górniczą. Rokitnickie familoki zachwycają do dziś. Zadbane elewacje, ozdobne szczyty, geometryczne detale i proporcje nadają całemu założeniu rytm i wyjątkowy klimat.


Bytom
„Zgorzelec“ – Feniks z popiołów
Na samym południu Bytomia, tuż przy granicy z Rudą Śląską, kryje się jedno z najbardziej fascynujących miejsc na mapie Górnego Śląska – osiedle Zgorzelec. To tu, w cieniu dawnej huty, przemysł, historia i architektura splatają się w opowieść o wzlocie, zapomnieniu i odrodzeniu. Ta opowieść toczy się jakby w ukryciu, bo Zgorzelec jest położony kawałek od głównej drogi i sielsko zatopiony w lesie.
Kolonia powstała w latach 1897–1901 jako osiedle robotnicze dla pracowników huty żelaza „Hubertus” – zakładu założonego przez Huberta von Tiele-Wincklera, jednego z najważniejszych śląskich przemysłowców XIX wieku. Wzniesiono ją na zachód od zakładu, na zielonych terenach przeciętych przez rzekę Bytomkę. Składała się z ponad trzydziestu ceglastych domów, wzniesionych w duchu pragmatycznego, ale estetycznego budownictwa patronackiego. Parterowe i jednopiętrowe budynki mieszkalne uzupełniały budynki gospodarcze: pralnie, piekarnie oraz charakterystyczne chlewiki.
Wraz z końcem XX wieku osiedle Zgorzelec zaczęło popadać w ruinę. Przekształcenia gospodarcze lat 90., upadek huty „Zygmunt” w 2000 roku i brak inwestycji sprawiły, że wiele budynków zostało wyłączonych z użytkowania – między 1999 a 2009 rokiem aż 13 familoków opustoszało i zaczęło się walić. Próby uczynienia z osiedla enklawy artystów zakończyły się niepowodzeniem.
Ratunek
Aż tu nagle, w 2016 roku, Bytom ruszył z największym w mieście projektem rewitalizacyjnym – przywróceniem do życia Kolonii Zgorzelec. Była to nie tylko inwestycja w mury, ale w nową jakość życia. Prace obejmowały wymianę stropów, dachów, kominów, prostowanie budynków, renowację elewacji, wymianę stolarki okiennej i drzwiowej z zachowaniem historycznego wyglądu oraz wykonanie nowych instalacji wewnętrznych. Czyli bardzo kompleksowo.
Zrobiono dosłownie wszystko, co należało zrobić, zaczynając od „wnętrzności” budynków, a na kosmetyce kończąc. Ale rewitalizacja nie zatrzymała się na murach. Zmieniono całe otoczenie – powstały place zabaw, boisko, nowe chodniki, oświetlenie, mała architektura i zieleń. Inwestycję zakończono w marcu 2024 roku, a Zgorzelec przestał być „osiedlem widmem”, stając się jednym z najciekawszych przykładów udanej rewitalizacji dziedzictwa przemysłowego w Polsce. Kolonia Zgorzelec to dziś unikat nie tylko w skali Bytomia, ale całego Górnego Śląska.



„Bobrek” – od wzorcowej kolonii do symbolu przemian
Bobrek, dziś wschodnia dzielnica Bytomia, został włączony w granice miasta dopiero w połowie XX wieku. Jego historia sięga jednak znacznie wcześniej – już w XIX stuleciu miejscowość rozwijała się dynamicznie jako ważny ośrodek przemysłowy Górnego Śląska. Przez dziesięciolecia rytm życia mieszkańców wyznaczały potężne zakłady: huta „Julia” (później znana jako „Bobrek”) oraz kopalnia „Graefin Johanna” (również przemianowana na „Bobrek”).
Na początku XX wieku właściciele huty i kopalni postanowili zbudować nowoczesne osiedle mieszkaniowe. Tak powstał piękny zespół ceglanej zabudowy o przemyślanym układzie urbanistycznym, zaprojektowany z myślą o wygodzie i codziennych potrzebach rodzin robotniczych. Pierwsze budynki zaczęto wznosić w 1907 roku, a później dzielnica rozwijała się w dwóch znaczących etapach. Do dziś zachowało się mnóstwo obiektów, które są ustawione równo wzdłuż gęstej siatki ulic. Domy są duże, wielorodzinne, trzykondygnacyjne i nakryte dachami naczółkowymi.
Piękno mimo problemów
Bardzo pięknie prezentują się dekoracje elewacji, w tym m.in. fragmenty w stylu muru pruskiego. Pierwotne są skromniejsze, późniejsze nieco bardziej urozmaicone. Dziś, mimo zniszczeń, biedy i trudnych losów dzielnicy, która stała się symbolem katastrofy ekonomicznej Górnego Śląska w latach 90., wciąż można tu dostrzec ślady dawnej świetności. Zapisane w cegle familoków i układzie ulic, które niegdyś tworzyły idealny porządek przemysłowego świata.



Katowice
„Giszowiec“ – domki w cieniu wielkiej płyty
Zmiany związane z rozwojem przemysłu w ogromnym stopniu dotyczyły także Katowic. Uruchomienie nowych pól wydobywczych i drążenie szybu „Carmer” (później „Pułaski”) przyciągały rzesze robotników z okolicznych wsi. Dla nich właśnie, w latach 1907–1911, powstało niezwykłe osiedle Giszowiec, za którego projekt odpowiadał niezwykły duet architetków, kuzyni Emil i Georg Zillmannowie. Miało być czymś więcej niż zwykłym miejscem zamieszkania. Twórcy chcieli stworzyć przestrzeń, która przypominałaby przybyszom rodzinne strony; pełną zieleni, spokoju i oddechu od górniczego trudu.
Niewielkie domki otoczone ogrodami stanowiły wcielenie ówczesnej idei miasta-ogrodu, w której natura i robotnicza codzienność miały współistnieć w harmonii. Sercem osiedla stał się centralny skwer z restauracją „Pod Lipami”, gdzie mieszkańcy spotykali się po pracy, organizowali festyny i świętowali rodzinne uroczystości. To właśnie tam biło społeczne serce Giszowca – miejsce rozmów, muzyki i wspólnoty.


Projekt szybko odniósł sukces – osiedle w krótkim czasie zapełniło się mieszkańcami, ale zapotrzebowanie na nowe lokum wciąż rosło. Gdy liczba pracowników kopalni zwiększała się z roku na rok, pojawiła się potrzeba budowy kolejnego osiedla – tak zrodził się Nikiszowiec, sąsiedni brat Giszowca, o zupełnie innym, bardziej miejskim charakterze.
Filmowa opowieść
Giszowiec trwał w swojej sielankowej formie aż do lat 70. XX wieku. Wtedy nadeszła era bloków z wielkiej płyty, a wraz z nią przekonanie, że nowoczesność oznacza wysokość i beton. Około 60 procent zabytkowej zabudowy zrównano z ziemią, zastępując ją szeregiem wieżowców. Tamten czas i jego skutki dla mieszkańców porusza film „Paciorki jednego różańca” w reżyserii Kazimierza Kutza – przejmująca opowieść o zderzeniu tradycji, tożsamości i przemysłowego postępu, który nie zawsze przynosił szczęście.


„Nikiszowiec” – perła w koronie
Nikiszowiec to ikona Górnego Śląska. To dzielnica, której nie sposób pomylić z żadną inną. W latach 1908–1918, zaledwie kilka kilometrów od Giszowca, powstało kolejne osiedle zaprojektowane przez Zillmannów. Tym razem nie była to sielska wieś, lecz kompaktowe, ceglane „miasto w mieście”, w którym wszystko miało być „na miejscu” – praca, szkoła, kościół, sklepy i rozrywka.



Układ urbanistyczny Nikiszowca był precyzyjnie zaplanowany. Siedem ogromnych, zamkniętych kwartałów z wewnętrznymi dziedzińcami stworzyło samowystarczalną strukturę. W centrum znalazł się plac Wyzwolenia z pięknym neobarokowym kościołem św. Anny, sklepami, pocztą i gospodą. Osiedle zaprojektowano tak, by codzienne życie toczyło się w rytmie wspólnoty: dzieci bawiły się na podwórkach, kobiety prały we wspólnej pralnia, a mężczyźni po szychcie spotykali się przy kuflu piwa.



Choć w zamyśle inwestorów Nikiszowiec miał być praktyczny, dziś zachwyca spójnością architektury i detalem. Ceglane fasady ozdobione są finezyjnymi gzymsami, łukami i ornamentami z cegły klinkierowej. Każdy budynek, choć pozornie identyczny, ma subtelne różnice w układzie cegieł czy kształcie okien.
Hit turystyczny
To właśnie rozmach i ten nieoczywisty urok sprawia, że Nikiszowiec stał się ulubieńcem fotografów, filmowców i coraz większych rzesz turystów turystów. Nikiszowiec to także żywy organizm, miejsce, w którym tradycja spotyka się z nowoczesnością. Działają tu dziś klimatyczne lokale gastronomiczne i galerie a słynny Jarmark Bożonarodzeniowy oraz letni Jarmark Babci Anny na Nikiszu obrosły już legendą i na stałe wpisały się do kalendarza miejskich imprez.

Ruda Śląska
„Ficinus” – kamienne maleństwo
W samym sercu Rudy Śląskiej, w dzielnicy Wirek, kryje się jedno z najbardziej urokliwych i najstarszych osiedli robotniczych na Górnym Śląsku: Ficinus. Kiedyś była tętniącym życiem zakątkiem dla górników i ich rodzin, dziś zachwyca kameralną atmosferą i niepowtarzalną architekturą, która przenosi w czasy, gdy przemysł dopiero kształtował oblicze regionu. Choć jest malutka, składająca się z kilku domów wzdłuż jednej ulicy, to i tak stanowi cenny element dziedzictwa Rudy Śląskiej.
Ficinus powstał w latach 1850–1867 z inicjatywy zarządu kopalni „Błogosławieństwo Boże” (niem. Segen Gottes). Nazwa osiedla pochodzi od nazwiska ówczesnego dyrektora spółki Amandusa Ficinusa, który był pomysłodawcą tego niezwykłego założenia. W epoce, gdy robotników często kwaterowano w prymitywnych barakach, Ficinus stwarzał im przyzwoite warunki bytowe. A do tego wyróżniał się przemyślanym układem i solidnością wykonania. W przeciwieństwie do późniejszych osiedli, które budowano z cegły, to jest zdominowane przez kamień, co czyni je wyjątkowym i unikatowym.

„Staszica” – miasto w mieście
Zespół osiedla robotniczego znanego jako Kolonia Staszica powstał w latach 1910-1922 z myślą o pracownikach kopalń należących do rodziny Ballestremów, wielkich lokalnych przemysłowców. Zlokalizowany w obrębie ulic Wolności, Kościelnej, Staszica, Wieniawskiego i Mickiewicza, stanowi uroczy zamknięty świat. Urbanistycznie osiedle prezentuje spójną formę i choć budowane było etapami, to zachowało układ i charakter jako całość z regularnym układem ulic oraz wewnętrznymi dziedzińcami. Domy oczywiście są z cegły, dwupiętrowe z użytkowym poddaszem, ze szczytami ozdobionymi elementami neomanierystycznymi, wykuszami i dekoracyjnymi narożnikami.


Kolonia Staszica była również wyposażona w rozbudowane zaplecze socjalne. Działała tu szkoła powszechna, a w jednym z charakterystycznych budynków – dawnym Domu Związkowym – mieści się dziś Muzeum Miejskie im. Maksymiliana Chroboka. W pobliżu funkcjonuje również restauracja „Adria”, zbudowana na okoliczność 50 rocznicy ślubu hrabiostwa Ballestremów. Niegdyś była popularnym miejscem spotkań społeczności oraz centrum życia towarzyskiego i kulturalnego kolonii, a dziś jest przyjemnym lokalem gastronomicznym.

„Carl Emanuel” – kameralna i urocza
Nieopodal kolonii Staszica, także w Rudzie Śląskiej, znajdziemy kolejne niezwykłe świadectwo patronackiej zabudowy przemysłowej. To urocza kolonia „Carl Emanuel”, znana również jako „Karmańskie”. Założona na przełomie XIX i XX wieku z inicjatywy rodu Franz von Ballestrem, ówczesnych właścicieli kopalni „Brandenburg” (potem „Wawel”), zachowała się głównie w obrębie ulic Wolności, Raciborskiej i Zabrzańskiej.
Ma zwartą formę i składa się z szeregu domów z czerwonej cegły. Zabudowa tworzy zamknięty układ czworoboczny z wewnętrznym dziedzińcem. Domy mają dwie kondygnacje i nakryte są dachami o wielu połaciach. Mieszkania zaprojektowano jako jedno- lub dwupokojowe, z dostępem do sanitariatów umieszczonych przy loggiach. W roku 1922 ukończono budowę dwóch najbardziej reprezentacyjnych budynków kolonii – narożnych domów o rzutach w kształcie litery L, wyróżniających się bogactwem form architektonicznych, takich jak wieżyczki, baszty czy szczyty ze spływami wolutowymi.


„Godula” – na cześć ,króla cynku’
Godula to dziś jedna z dzielnic Rudy Śląskiej, a jej początki sięgają połowy XIX wieku i są ściśle związane z powstaniem huty cynku „Godula”. Zakład ten został uruchomiony w 1854 roku przez Karola Godulę – śląskiego „króla cynku”, wybitnego przemysłowca, przedsiębiorcę i wizjonera. Po jego śmierci zakład rozwijała rodzina Schaffgotschów, która kontynuowała dzieło fundatora. Powstała przy hucie kolonia robotnicza została zaplanowana jako samowystarczalne osiedle robotnicze z mieszkaniami, szkołą, kościołem, sklepami i zapleczem socjalnym.

Budynki wznoszono z czerwonej cegły i ustawiono równolegle wzdłuż prostych ulic. Większość z nich była dwukondygnacyjna, o prostej, ale estetycznej formie. W niektórych partiach pojawiały się domy o bardziej rozbudowanym układzie, przeznaczone dla wyższej kadry huty. W centrum kolonii powstały budynki użyteczności publicznej – m.in. szkoła, kościół, a także dom handlowy i łaźnia. Wszystko to tworzyło zamkniętą, samowystarczalną przestrzeń, w której rytm życia wyznaczała praca w hucie.


„Kaufhaus” – w cieniu domu towarowego i wielkiego pieca
Jednym z najbardziej fascynujących osiedli robotniczych jest rudzki Kaufhaus, który powstał w cieniu dymiących kominów huty „Pokój”. Zaczął powstawać w latach 50. XIX wieku, gdy zakład – wówczas jeden z najnowocześniejszych w regionie – potrzebował coraz większej liczby wykwalifikowanych pracowników. Aby zatrzymać ich w pobliżu miejsca pracy, właściciele postanowili zbudować osiedle z prawdziwego zdarzenia. Mieszkania miały być skromne, ale solidne, z dostępem do wody i światła, a samo osiedle funkcjonalne i samowystarczalne.



Dziś, spacerując wzdłuż ulic Niedurnego, Podgórze i Dobrej Nadziei, można podziwiać charakterystyczne familoki z czerwonej cegły, których szeregowa zabudowa układa się w spójny, rytmiczny układ urbanistyczny. Dwukondygnacyjne budynki z dwuspadowymi dachami i prostymi detalami ceglarskimi stanowią kwintesencję śląskiej architektury przemysłowej.
Luksusowy market
Najbardziej niezwykłym elementem całego założenia był jednak dom towarowy Kaufhaus, od którego kolonia wzięła swoją nazwę. Powstał w 1904 roku i uznawany jest za najstarszy dom handlowy w Polsce. Był trzypiętrowy, solidny i elegancki, a w jego wytwornym wnętrzu można było kupić niemal wszystko, od produktów spożywczych po artykuły gospodarstwa domowego, tekstylia i perfumy. W czasach swojej świetności Kaufhaus tętnił życiem – był wizytówką osiedla i całej Rudy. Po wojnie budynek stopniowo tracił handlową funkcję, aż popadł w zapomnienie. Niedawno przeprowadzono niewielką rewitalizację, ale do dawnej świetności daleka droga.


Mniejsze miasta
„Emma” w Radlinie – stary świat wciąż żywy
W Radlinie wciąż działa kopalnia Marcel. Tutaj możemy przekonać się na własne oczy jak wygląda życie w przemysłowej osadzie. Mimo że mamy XXI wiek, mimo że jeżdżą współczesne samochody, działają dzisiejsze sklepy itd., to jednak jest tu coś z przeszłości. Po przeciwnej stronie ulicy ulokowała się bowiem malownicza kolonia Emma, którą uważamy za jedną z bardziej malowniczych w województwie. Robotników od zakładu pracy tak jak w przeszłości tak i dziś dzieli zaledwie zwykła jezdnia. To rzadki już widok, który przywodzi na myśl bardzo odległe czasy.
Paradoksalnie „Emma” to bardzo uroczy zakątek tworzony w dwóch etapach. Pierwszy miał miejsce pod koniec XIX wieku, a drugi w latach 1910-1913. Powstało przyjazne osiedle, które w dużej mierze oddaje ducha koncepcji „miasta-ogrodu”. Urocze ceglane domy – wolnostojące wille dla dozoru i familoki dla pracowników fizycznych – toną tu w zieleni i latem można odnieść wrażenie, że to miłe wiejskie osiedle, zwłaszcza, że wiele gospodyń dba o kolorowe kwiaty.


Widać też wyraźnie, że projektanci uwzględnili wiejskie pochodzenie pracowników i wytyczyli im ogródki do relaksu czy warzywniaki do uprawy warzyw. Było też miejsce na chlewiki oraz bardzo śląski atrybut w postaci gołębników. Hodowla tych ptaków to bardzo tradycyjne zajęcie górników po szychcie. Wielki przemysł wydaje się być daleko stąd, choć naprawdę jest tuż obok. Tak blisko, że aż trudno uwierzyć, że dziś działająca kopalnia jest na wyciągnięcie ręki.
Kolonia w Czerwionce – Leszczynach – ceglany mikrokosmos
Coraz śmielej swoje piękno i potencjał dostrzega także kolonia w Czerwionce-Leszczynach zbudowana około 1900 roku dla pracowników kopalni „Dębieńsko”. Tworzą ją domy wielorodzinne typu willowego, które podziwiamy spacerując ulicami Hallera, Kombatantów, Słowackiego i Wolności. Zabudowa jest jednorodna pod względem stylu, a wygląd poszczególnych budynków zróżnicowano przez wprowadzenie białej, glazurowanej cegły i odrobiny drewna. Panuje ład i porządek, w pogodny dzień na podwórkach suszy się pranie, dzieci się bawią, a sąsiadki żywo rozmawiają.



W obrębie osiedla wybudowano dwa hotele robotnicze (co ciekawe, jeden z 1919 roku zamieniono na kościół), wspólny budynek pralni z piekarnią oraz wille dla dyrektora kopalni, a później także szkołę. Podobnie jak wiele innych powstałych w tym czasie, kolonię wyposażono w sieć wodociągową i sieć elektryczną. Osiedle jest zadbane i – co najważniejsze – lubiane przez swoich mieszkańców. W „familoczkach” chyba całkiem dobrze się żyje.
Kolonia III Knurów – miasto na węglu i dla węgla
Knurów to jedno z tych śląskich miast, które najlepiej oddają historię przemysłowego rozwoju regionu. Choć dziś kojarzy się głównie z kopalnią i powojenną infrastrukturą, jego korzenie sięgają początków XX wieku, gdy wśród pól i lasów zaczęły wyrastać pierwsze robotnicze osiedla. To właśnie węgiel – czarne złoto Górnego Śląska – nadał Knurowowi tempo i charakter.
Gwałtowny rozwój miejscowości rozpoczął się wraz z uruchomieniem Kopalni Węgla Kamiennego „Knurów” w 1904 roku. I naturalnie wraz z powstaniem zakładu potrzebne były mieszkania dla setek robotników, inżynierów i urzędników. Tak narodziły się pierwsze osiedla robotnicze.
Dziś warta uwagi jest tzw. III Kolonia Robotnicza, czyli duży zespół budynków zrealizowany od 1904 do 1921 roku. Stoją tu liczne domy robotnicze, a także zaplecze socjalne. W tym czasie nieopodal powstała też szkoła, a także dom kultury. Wszystko to miało zapewnić robotnikom godne warunki życia i pracy. Z czasem Knurów rozrastał się, wchłaniając okoliczne obszary wiejskie i przekształcając się w nowoczesne miasto przemysłowe zabudowane typowymi osiedlami bloków.



„Chwałowice” w Rybniku – osiedle od linijki
Osiedle robotnicze w Chwałowicach to jeden z najcenniejszych zespołów familoków na Śląsku. Powstało na początku XX wieku wraz z rozwojem kopalni „Donnersmarckgrube” (później Chwałowice), założonej przez hrabiego Guido Henckla von Donnersmarcka. Intensywna rozbudowa osiedla przypadła na lata 1910–1916, kiedy potrzebne było zaplecze mieszkaniowe dla górników i urzędników związanych z dynamicznie rozwijającym się zakładem.

Charakterystyczne czerwone familoki – głównie ośmiorodzinne, z pojedynczymi czterorodzinnymi i willami dla kadry – tworzą spójny urbanistycznie układ ulic, podwórek oraz ogródków. Zabudowa odzwierciedla dawną strukturę społeczną i porządek kopalnianej hierarchii. Mimo upływu czasu osiedle zachowało wysoki stopień autentyczności: przemyślany plan przestrzenny, ceglane elewacje, rytmiczne podziały okien przesądzają o charakterze tego osiedla robotniczego. Warto je zobaczyć, bo Chwałowice są dziś wyjątkowym „żywym muzeum” śląskiego krajobrazu przemysłowego.

Jeśli interesuje Cię temat Górnego Śląska i osiedli robotniczych, to zajrzyj również do naszego obszernego tekstu o Nikiszowcu. Znajdziesz go tutaj.
A jeśli masz ochotę poznać dziedzictwo przemysłowe to zajrzyj do naszego artykułu na temat Kopalni Guido i Sztolni Luiza w Zabrzu. Wystarczy kliknąć tutaj.
Materiał powstał w ramach współpracy ze Śląską Organizacją Turystyczną i ma na celu promocję osiedli robotniczych i zachętę do ich odwiedzenia. Koniecznie poznaj stronę slaskie.travel!


